REKLAMA

Blogi - Na szpilkach

Nie wszyscy kochają yorki
Beaty punkt widzenia, jej troski i marzenia

Był środek nocy. Nagle senną ciszę przerwało dynamiczne uderzanie w drzwi. - Steniu, Steniu, pomocy! – pani Jasia dobijała się do drzwi swojej najbliższej sąsiadki – Błagam Cię otwórz!

2015-03-07 20:23:34

Starsza kobieta z całych sił waliła w solidne dębowe drzwi mieszkania. Zza rogu korytarza wytoczył się mężczyzna po pięćdziesiątce, który wyraźnie był pod wpływem alkoholu.
- Jeszcze raz… - krzyczał – jeszcze raz będziesz się wtrącała, to Cię w końcu zaduszę, starucho!
Przerażona kobieta obawiała się najgorszego. Na szczęście w tym momencie drzwi się uchyliły i wyjrzała zza nich pełna papilotów głowa pani Steni.
- Ccco się dzieje…? – zapytała zaspana, ale gdy tylko spojrzała na panią Jasię i na podchmielonego Waleriana spod szóstki, nie czekając na nic, wciągnęła sąsiadkę do środka i błyskawicznie zaryglowała wszystkie zamki. 
„Łup, łup, łup” – miarowemu waleniu pięścią w drzwi towarzyszył krzyk:
– Ja Was dwie uduszę! Zobaczycie Wiedźmy!
Na szczęście drzwi były mocne i po kilku chwilach i krzykach pijany Walerian ze złością szlaczkiem powlókł się do swojego mieszkania.
- Mój Boże, Jasiu, co się dzieje? Dlaczego on Ci grozi? – zapytała przestraszona, choć już całkiem rozbudzona, pani Stenia.
Pani Jasia usiadła ciężko na krześle w kuchni swojej sąsiadki i starała się najpierw uspokoić swój oddech i nerwy. Ręce jej się trzęsły, ale udało jej się trochę opanować i podjęła się wyjaśnić sąsiadce, co spowodowało jej nagłą, nocną wizytę.

- Widzisz Steniu, ja już wiele lat na tym świecie żyję  – rozpoczęła swoją opowieść pani Jasia, podczas gdy nieco uspokojona pani Stenia wstawiła wodę na herbatę, gdyż historia zapowiadała się na dłuższą – ale takiego okrucieństwa to ja nie pamiętam chyba od czasów wojny, a wiesz dobrze, że wtedy dużo widziałam… - pani Jasia westchnęła ciężko, a pani Stenia zaczęła jej słuchać z jeszcze większą uwagą. – tym bardziej nie mogę zrozumieć, skąd się w ludziach bierze tyle nienawiści i goryczy. Ten Walerian spod szóstki to już pije chyba ze dwadzieścia lat. Pracował kiedyś, nawet nieźle zarabiał, miał żonę, ale potem jakoś się tak porobiło, że żona go zostawiła. Zaczął pić, a potem to i robotę stracił. Teraz mieszka ze swoim synem. Oj, ten to tez niezłe ziółko. Tylko bardziej nowoczesny, bo nie pije, tylko narkotyki bierze. Oni się ciągle kłócą i na siebie krzyczą. Awantura goni awanturę.  I widzisz, ja bym się wcale nie wtrącała. Mam swoje lata i swój rozum. Ale on ma psa. Takiego małego Yorka, co to waży może ze trzy kilo. Ktoś mu go dał, zamiast dług oddać, mamiąc głupiego chłopa wizją zysku, jaki można mieć ze szczeniaków. A że ten Walerian na pieniądze łasy, to myślał, że hodowlę założy i będzie żył jak panisko. Niestety on tak chleje, tak pije... Tak naprawdę, to ja już nie pamiętam, kiedy go takiego całkiem trzeźwego widziałam. Pies choć mały, to i jeść musi i wyjść z nim trzeba, żeby się wysikał. Opieki wymaga, prawie jak dziecko. Ale ani Walerian, ani ten jego syn narkoman, to się do zajmowania zwierzakiem nie garną. Chodzi głodny, a jak go nie wypuszczą i narobi w domu, to go biją. Mój Boże, Steniu, żebyś Ty słyszała ten pisk. Mnie się serce kraje. Nie raz widziałam, jak ten pies kuleje. Nie wiem, co robić. Zupełnie nie wiem. Próbowałam z nim rozmawiać, prosiłam, żeby mi psa oddał, ale nie zgadza się. Pogonił mnie parę dni temu, bo chciałam tego psiaka biednego nakarmić. A dzisiaj też poszłam tam do nich pod szóstkę, bo miałam nadzieję, że może jakoś uda mi się z nim dogadać. Ale sama widzisz, jak to się skończyło. On mnie dzisiaj gonił aż ode mnie z siódmego piętra… Ech Steniu, taki mały pies, a taka wielka go bieda spotkała… ale co ja mogę, co ja mogę…?
Pani Stenia najpierw otworzyła szeroko oczy, potem załamała ręce i przez dłuższą chwilę nie była w stanie wypowiedzieć nawet słowa.
-  Mój Boże, to i u mnie na drugim czasem słychać, jak gdzieś u góry pies wyje jakoś tak żałośnie. Ale wiesz, ja myślałam, że to tylko tak. czasem się zdarza, że psy wyją, jak opiekun w pracy. Do głowy mi nie przyszło, że tam takie nieszczęście. Muszę być bardziej uważna i sprawdzać takie sytuacje. Przecież tak samo mogłabym zignorować płacz dziecka. Widzisz, w naszym bloku tylu ludzi mieszka, tyle rodzin i ciągle ktoś nowy się wprowadza. Nie znam wszystkich. Teraz to już nie tak, jak kiedyś. Kiedyś to każdy mówił "Dzień dobry", a wielu to i zatrzymało się na chwilę, pogadało, podzieliło radościami i smutkami, a dzisiaj? Hyc z windy do mieszkania i tyle ich widzieli. Dzieciaki mnie bez słowa mijają. Kiedyś to było nie do pomyślenia. I przez tą anonimowość przestajemy zwracać uwagę na to, co słyszymy, na to, co się za ścianą dzieje. Niedobrze. Dokąd ten świat zmierza? - pani Stenia westchnęła głęboko. - Ale nie możesz tam Jasiu chodzić sama. Do tego Waleriana. Bo on Ci jeszcze krzywdę zrobi!
- Wiem, Steniu, wiem, ale nie mogę tego tak zostawić. Nie chcę się zgodzić, żeby on tak ciągle tego psa krzywdził. On go kopie, a podobno zdarzyło się, że i papierosami go przypalał! Ja muszę coś zrobić...
- Oj, żebym tylko ja wiedziała, jak pomóc. Dzisiaj już późno. Noc ciemna. Zostań u mnie na noc, na wypadek gdyby temu Walerianowi co głupiego do głowy przyszło. A jutro na pewno coś razem wymyślimy.
I dwie starsze panie zrobiły tak, jak poradziła pani Stenia. Położyły się do snu. Przed snem pani Jasia pomodliła się jeszcze cichutko do Anioła Stróża:
- Aniele Boży, stróżu mój, Ty zawsze przy mnie stój. Rano, wieczór, we dnie, w nocy bądź mi zawsze ku pomocy. Strzeż duszy i ciała mego i zaprowadź mnie do żywota wiecznego…
W tym miejscu zawsze dodawała słowa wymyślone przez siebie wiele lat temu, kiedy była jeszcze młodą dziewczyną:
Naszych braci mniejszych otaczaj opieką i strzeż ich od krzywdy, niech więcej nie cierpią.

Na drugi dzień rano pani Jasia wróciła do swojego mieszkania. Rozstając się sąsiadki obiecały sobie nawzajem, że pomyślą, jak wyrwać małego Yorka z łap Waleriana i że spotkają się w tej sprawie po południu.

A że była to sobota, to zaraz po godzinie dziesiątej, do pani Steni przyjechała, jak co tydzień, wnuczka, Natalia. Młoda studentka pomagała babci podczas zakupów, sprzątała mieszkanie, często razem spacerowały lub robiły na drutach. Łączyła je prawdziwa więź.
- Cześć Babciu! - zawołała od progu – co słychać?
- Oj wnusiu, źle się dzieje, ale najpierw Ci zrobię herbatę, bo historia jest dłuższa.
Przy filiżance earl greya pani Stenia podjęła się zrecenzować wnuczce wydarzenia minionej nocy. W miarę słuchania, radość i energia gasły na twarzy Natalii. No bo jak można spokojnie słuchać o maltretowanym psie? O jego kilkuletnim, dramatycznym życiu u boku pijaka. O życiu przepełnionym strachem i cierpieniem. O małym yorkowym ciałku przypalanym papierosami, poranionym,  skopanym. Gdy pani Stenia skończyła opowiadać, Natalia miała łzy w oczach, ale oprócz wzruszenia, była też ta sytuacją mocno wkurzona, a to dodawało energii.
- Nie martw się Babciu! Ja wiem, że to jest straszne, ale nie jesteśmy sami. Zaraz zadzwonię do Magdy. Ona zajmuje się Fundacją Bezdomniaki i ona na pewno będzie miała jakiś pomysł.
Nie czekając na nic, Natalia wyjęła telefon i zadzwoniła do koleżanki.
- Halo? Magda? Posłuchaj… - opowiedziała jednym tchem historię maltretowanego psa.
Po telefonie Natalii do Magdy wydarzenia nabrały tempa. Magda jak tylko mogła najszybciej, przyjechała do pani Steni. Kobiety poprosiły też o przyjście panią Jasię i wspólnie we cztery odbyły naradę, jak można tę trudną sytuację rozwiązać. Długo myślały, bo chociaż Magda ma doświadczenie w takich kryzysowych sytuacjach, to jednak każdy zły człowiek jest inny i nie wiadomo, czy uda się z nim dogadać. Ten często bywa nietrzeźwy, a zatem bardzo, ale to bardzo niebezpieczny i nieprzewidywalny.
Magda postanowiła iść do niego sama, ponieważ gdyby zobaczył znajome starsze panie, nabrałby od razu podejrzeń. Zadzwoniła do zaprzyjaźnionego policjanta, który zgodził się jej pomóc i czekał piętro niżej jako zabezpieczenie. Pomimo doświadczenia idąc do drzwi Waleriana, serce waliło jej jak młot, a nogi miała jak z waty. Niestety nigdy nie można być w stu procentach pewnym, że się uda.

Zapukała cicho do drzwi. Nic… Cisza…

Zastukała mocniej. Po chwili usłyszała, że ktoś klnąc toczy się do drzwi. Walerian otworzył i jego zapuchnięte oblicze wypełzł obleśny uśmiech:
- O! A lalunia tu czego? Może z opieki społecznej?
- Nie, nie z opieki – powiedziała spokojnie Magda, wiedząc, że tylko taka postawa może jej pomóc dotrzeć do pijaka. – Chciałabym, żeby mi pan oddał psa!
- Co dać? Psa? Ale ja nie mam psa!
- Słyszałam, że ma pan yorka, z którym są kłopoty. Że brudzi, że szczeka. Ja chętnie wezmę.
- Ale ja nie dam. Szczeniaki będę hodował. Kasę zarobię! – bełkotał Walerian machając Magdzie przed nosem pusta flaszką po gorzkiej żołądkowej. Magdzie przyszedł do głowy pewien pomysł.
- No na szczeniaki to się długo czeka. A ja dam panu dwadzieścia złotych teraz. Będzie na nową butelkę. A dziś sobota, to i świętować pewnie będziecie…
Walerian przekrzywił głowę i zaczął się Magdzie baczniej przyglądać. Coś w jego twarzy zaczynało wskazywać, że argument pieniędzy jednak pomału do niego trafia. Wahał się. Cmokał. Liczył coś w swoim zapitym umyśle. Magda zaczęła się obawiać, że zaraz sytuacja zmieni obrót na znacznie gorszy i dla niej i dla psa. Na szczęście Walerian wyprostował się i powiedział:
- Zgoda! Ale musi laleczka dać trzydzieści, to będzie na chleb i pasztetową.
Magda jęknęła w duchu: „Co za cham…”. Wiedziała jednak, że w takich chwilach trzeba działać cicho i szybko. Dała Walerianowi pieniądze. Weszła do cuchnącego mieszkania i zaczęła się rozglądać za psem. Nie mogła go nigdzie dostrzec. Zaklęła w duchu. Musiała się zapytać, gdzie jest pies, a to znów mogło zepsuć cały plan.
- Proszę pana – zaczęła grzecznie – nie mogę go znaleźć niestety.
- Jest w kiblu. Zamykam go, bo strasznie jazgocze.
Pod Magdą ugięły się nogi.
- „Szybko – pomyślała – muszę jak najszybciej go stąd zabrać. Aniele Boży spraw, żeby się nie wyrywał”.
Miała ze sobą grube rękawice skórzane. Nie miała pojęcia, jak york zareaguje na chęć zabrania. Przecież on zupełnie nie wiedział, że ona ma dobre zamiary i mógł zacząć gryźć i drapać. Weszła do ciemnej toalety, światło nie działało. Strasznie tu cuchnęło. Za muszlą klozetową dojrzała skulone futrzane ciałko. Pies odwrócił się od niej tyłem, chowając główkę jak najgłębiej i cały się trząsł. Uklękła i wyciągnęła ręce. Zaczął słabo wierzgać, ale widać było, że jest bardzo słaby. Pierwsze spojrzenie na jego stan sprawiło, że Magdę zemdliło. Widoczne blizny, brud, wszechobecne pchły. Przycisnęła psa do siebie nie pozwalając mu się ruszać i jak najszybciej wybiegła z mieszkania. Dopiero piętro niżej, gdy dotarła do policjanta, Natalii, pani Steni i pani Jasi, wzięła głębszy oddech.
- Teraz szybko do mieszkania pani Jasi! – krzyknęła.
Zamknęła yorka w przygotowanej klatce. Był przerażony. Kobiety wiedziały jednak, że na razie trzeba mu zapewnić przede wszystkim święty spokój. Wszyscy odetchnęli z ulgą.
- Magda, dziękuję! – Natalia rzuciła się koleżance na szyję.
- Nie ma sprawy. Tak trzeba było zrobić. Zabiorę go teraz do lecznicy.
- Pojadę z Tobą. Od razu zrobimy zdjęcia i przygotujemy ogłoszenie na Face’a.
Dziewczyny pożegnały się starszymi paniami. Trwało to chwilę, ponieważ zarówno pani Jasia, jak i pani Stenia były pod ogromnym wrażeniem.

- To się w głowie nie mieści! – powiedziała pani Jasia zamykając drzwi mieszkania. – Jaki to cud, że się wszystko dobrze skończyło.
- Tak, na razie tak. – potwierdziła pani Stenia - chociaż droga tego psa jeszcze będzie długa. Natalia opowiadała mi o Magdzie i jej działalności w Fundacji. Ten york był bardzo skrzywdzony. Trzeba nazbierać pieniędzy na jego leczenie, ale nawet jak wylecza mu ciałko, to jeszcze będzie trzeba pracować nad jego duszyczką. Widziałaś, jaki był przerażony?
- Tak. Zmęczyłam się ta całą akcją, ale wiesz, co Ci powiem? Szczęśliwa jestem, bo się dzisiaj wielu rzeczy nauczyłam. Po pierwsze, że warto jest reagować, bo jak już zareagujemy i zwrócimy także uwagę innych ludzi na problem, to się okazuje, że ktoś kogoś zna,  ten ktoś kogoś jeszcze. Ten z kolei wie, gdzie zadzwonić, a kolejny wie, co zrobić. Nauczyłam się też, że wielu młodych ludzi jest wartościowych. Ta Twoja Natalia to zuch dziewczyna! I ta jej koleżanka, Magda. Taka oddana zwierzętom. Aż serce rośnie, jak się spotyka takie osoby.
- Tak, obie dziewczyny są bardzo dobrymi ludźmi. Jest nadzieja dla tego świata, jak nas zabraknie.
Sąsiadki długo jeszcze przeżywały i omawiały ostatnie wydarzenia.

…….

W tym czasie Anioł Stróż od Bezdomniaków siedział w klatce yorka i głaskał go po główce.
- Nie martw się mały. To jest początek innego życia.
Po czym wyjął swój kajecik i zapisał: „Sobota. Uratowanych psów: 1. Osoby, które włączyły się w łańcuszek dobra: 4 dobre dusze.”
- Aj, nie – Anioł skreślił czwórkę i poprawił na 5 – Policjant też się przecież liczy, chociaż dzisiaj na szczęście nie była potrzebna jego interwencja.

Komentarz Autorki opowiadania:
Mały York uratowany z rąk zwyrodnialca potrzebuje pomocy.
Proszę, dołącz do łańcuszka dobrych dusz spisywanego przez Anioła Stróża od Bezdomniaków i wesprzyj fundację chociaż symbolicznym piątakiem. To mniej niż paczka papierosów czy kawa w sieciówce. Mały gest, a może naprawdę zmienić wiele. Na pewno pomoże zmienić życie pewnego małego yorka…

Kontakt w sprawie adopcji lub domu tymczasowego - Fundacja Bezdomniaki, Magda 602608109.

Autor: Beata Sawoń

Prosimy o pomoc i wpłaty:
FUNDACJA BEZDOMNIAKI
ul. Rembielińska 10 A/50
03-343 Warszawa
PL 53 1240 1082 1111 0010 4885 5029
SWIFT: PKOPPLPW
Paypal: fundacjabezdomniaki@gmail.com
Tytułem: Dla Pako.

 


Beaty punkt widzenia, jej troski i marzenia

Udostępnij:


REKLAMA

Komentarze

Brak komentarzy...

Zostaw komentarz


POLECANE FIRMY

REKLAMA

AKTUALNOŚCI

KALENDARZ WYDARZEŃ

22
Poniedziałek
Październik 2018
Październik
Po Wt Śr Cz Pt So Nd
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
1234
imieniny:
Haliszki, Lody, Przybysłwa

REKLAMA

REKLAMA